Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cesarskie cięcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cesarskie cięcie. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2015

O tym, jak Olek pojawił się na świecie

Przez 9 miesięcy ciąży nastawiałam się na poród naturalny. Jak już zapewne wiecie, ostatecznie Aleksander Uparciuszek urodził się poprzez cesarskie cięcie - 14 maja o godzinie 8.35. A było to tak...

Po tylu dniach czekania na Olusia przed cesarką nawet się nie stresowałam. Noc przespałam dobrze - nie licząc niedogodności, które towarzyszyły mi w ostatnich dniach ciąży. W czwartek rano standardowo pobudka w szpitalu o 5.30, badanie KTG... i tuż po 7.00 położna wzięła mnie już na trakt porodowo-operacyjny. Swoje rzeczy mogłam zostawić w sali poporodowej (do której później zostaliśmy przewiezieni) a do ubrania dostałam seksowne szpitalne wdzianko ;) jak już znalazłam się na trakcie, to pojawił się stres. 

Po chwili przeszłam do sali, w której położna założyła mi cewnik i podłączyła kroplówki. Zakładanie cewnika było dla mnie najgorszym momentem całej operacji! Położna każe rozłożyć nogi, a ja zaczynam jęczeć że boli i je ściskać. W tym momencie pomyślałam sobie, że chyba jednak nie dałabym rady urodzić naturalnie... 

Nagle leżąc pod kroplówką zaczęło mną trząść. Najpierw biodrami, a potem właściwie całym ciałem. Drgawki pojawiały się co chwila i trwały po kilka minut. Byłam dosłownie jak jedna wielka galareta i w żaden sposób nie mogłam tego powstrzymać. A była dopiero 8.15, a ja wiedziałam że cięcia miały zacząć się około 9.00. Tyle czekania!!

Na szczęście jednak okazało się, że wszystko było gotowe sporo wcześniej i po chwili kazano mi wstać i przeszliśmy na salę operacyjną. Anestezjolog powiedziała, żebym położyła się na plecach. A ja... zaczęłam kłaść się na tym stole na brzuchu! Chyba byłam w mega stresie już ;)

Sam moment znieczulenia nie był już dla mnie ani bolesny ani stresujący. Po chwili czułam już ciepło idące od stóp do brzucha. Anestezjolog powiedziała że można zaczynać i że mogę czuć lekkie ugniatanie. I rzeczywiście tak było - a ja myślałam tylko "pamiętaj, nie patrz w lampy' - chociaż akurat w tych naszych lampach za bardzo nic widać nie było ;)

Po dosłownie dwóch minutach - a może nawet nie - usłyszałam krzyk dziecka. I po chwili zobaczyłam Olusia! I w sumie to widziałam go aż do końca operacji - w tym czasie położne go przetarły, zważyły, zmierzyły i owinęły w pieluszki. A później zostawiły go samego - a Oluś w tym czasie... leżał sobie grzecznie i ssał swoje paluszki. Ja też leżałam, patrzyłam na niego... i taki mnie spokój ogarnął! Na chwilkę położne przyniosły go do mnie - wtedy mogłam dać mu pierwszego buziaczka!

Koło 9.00 razem z Olusiem zostaliśmy przewiezieni na salę poporodową. Olek leżał w łóżeczku, a ja na swoim łóżku. Położna od razu dała mi do ręki telefon więc mogłam zadzwonić do Marcina - miał być w szpitalu o 9.30, ale po moim telefonie przyjechał od razu i praktycznie o 9.15 byliśmy już razem, w trójkę. Po kilku minutach szoku i niedowierzania dostałam Olka do siebie. Od razu dossał się do cycusia i grzecznie sobie przy mnie leżał. 

Po około dwóch godzinach - nadal razem - zostaliśmy przewiezieni już na oddział położniczy. Poszczęściło się nam, bo okazało się że wolna jest sala rodzinna (w moim szpitalu są takie cztery). Sale rodzinne są jednoosobowe, a oprócz szpitalnego wyposażenia jest też kanapa, fotel i inne 'domowe' meble. A co najważniejsze - w tej sali z matką i dzieckiem może być również przez całą dobę tatuś czy ktoś inny z rodziny - i to jedynie za 15 zł za noc! Dzięki temu przez praktycznie cały pobyt w szpitalu miałam kogoś przy sobie - co było oczywiście najbardziej przydatne na samym początku, kiedy ja nie mogłam się ruszyć, ale również pod koniec - kiedy moje hormony buzowały. 

Dodatkowo nasza sala była akurat na samym końcu korytarza - więc nikt obcy oprócz położnych i lekarzy do nas nie zaglądał - mieliśmy więc spokój i ciszę, którą wypełniały tylko głosy odwiedzających.